niedziela, 17 lipca 2011

dzień czwarty

Kiedy podchodzisz do stołu a gra ma zaraz się zdarzyć i czujesz przegraną w skórze, we włosach, w najmniejszym własnym poruszeniu, kiedy jeszcze nie miałeś okazji, nie miałeś szansy rzucić kości, poczekać na rozdanie, uderzyć w kulę. I czujesz ten pogodny, niewzruszony smutek. Trochę z nadzieją, trochę z litością na siebie spoglądasz i odsuwasz krzesło, bierzesz kij, robisz cokolwiek, a gardło ściśnięte.

sobota, 14 maja 2011

Dzień trzeci

mój język
podarte ubranie,
brudne, z drugiej ręki,
dobrane przypadkiem i bez
gustu,
ale tak przyjemne,
tak moje,
swoje

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dzień pierwszy

Kiedy próbuję pisać przypomina mi się historia pewnego pisarza, który nigdy nie stworzył więcej niż jedno zdanie. Pierwsze zdanie powieści, które zmieniał i poprawiał całe życie. Nie napisał nic więcej, tylko (aż?) tyle. Później przychodzi mi na myśl Carl ze Zwrotnika Raka. Tysiące pomysłów na doskonałą książkę, drugą biblię, żaden nie zrealizowany. Co by tu napisać? Czysta frustracja, perwersyjna chęć gwałcenia umysłów i języka, impotencja. Co robić? Próbować? Mam nieodparte wrażenie, że pisarzem jest się bez względu na to, czy coś się napisało czy nie. Taki stan umysłu. Nie wiem.